1. Posłuszna i twórcza

Była wiosna 1936 roku. Wśród pasażerów włoskiego motorowca płynącego do Ameryki Łacińskiej znajdowała się pewna Matka Generalna, mająca przeprowadzić wizytację dwóch nowych placówek swego zgromadzenia w Brazylii i Argentynie. Potem zamierzała popłynąć dalej na północ, do trzeciej placówki w Stanach Zjednoczonych. Tak opowiadane wydarzenia wydają się zwykłą historią sióstr, suchą relacją. Jeśli jednak dodamy imiona, nazwiska, okoliczności, to opowieść zabrzmi obco jak na XX wiek. W rzeczywistości bowiem była to przygoda niczym z czasów Kościoła pierwotnego.

Ta Matka Generalna, mająca dziwny tytuł Mistrzyni, to Teresa Merlo, która przybrała zakonne imię Tekla. Była przełożoną Córek św. Pawła, młodego zgromadzenia oczekującego na zatwierdzenie przez papieża. Mimo to było ono już wówczas obecne w obu Amerykach, gdzie miało trzy placówki. Założyło je w latach 1931-32 sześć sióstr - dwie w Brazylii, dwie w Argentynie i dwie w Stanach Zjednoczonych. Wszystkie były Włoszkami. Przybyły tam nie znając języka, nie mając mieszkania, bez określonego pola działania, bez zaproszenia lokalnych biskupów. Co więcej, były najczęściej niemile widziane, bo zbyt nowoczesne i niepokojące. Niezwykłe, jak na miejscowe warunki i obyczaje. Krążyły po ulicach, pukały do drzwi, wręczały książki, broszurki, ulotki.

Najbardziej karkołomnym pomysłem było przybycie do Nowego Jorku. Tutaj, w czerwcu 1932 roku, zeszły na ląd dwie siostrzyczki. Był to okres bardzo niekorzystny dla Ameryki dotkniętej Wielkim Kryzysem: dziesiątki tysięcy bankrutów, czternaście milionów bezrobotnych, wszędzie kolejki nowych biedaków po darmową zupę. Zrozpaczeni farmerzy opuszczający własną ziemię obciążoną hipoteką. W pewnym miasteczku w stanie Illinois student Ronald Wilson Reagan, przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych, poszukiwał pracy, ponieważ jego ojciec stracił posadę, a sklepikarz przestał udzielać im kredytu. Zrujnowani przedsiębiorcy sprzedawali jabłka na Piątej Alei w Nowym Jorku.

Właśnie wtedy pojawiły się w metropolii dwie siostry, nie znające angielskiego, z książkami, które zamierzały sprzedawać, na początku wśród włoskich emigrantów, a następnie uruchomić, Bóg wie jak, księgarnie, ośrodki popularyzacji, druk dalszych książek... Prawdę mówiąc otrzymały przy wyjeździe niemałą jak na owe czasy kwotę czterech tysięcy lirów. Po zejściu na ląd odesłały ją jednak pośpiesznie do Włoch, stawiając czoło Ameryce i Wielkiemu Kryzysowi z dziewięćdziesięcioma lirami, które stanowiły owoc ich apostolatu w podróży.

Przybywające do Nowego Świata siostry znalazły pomoc u niektórych włoskich księży należących do Towarzystwa św. Pawła, którego Córki stanowiły żeński odpowiednik. Obie rodziny zakonne zostały założone przez tego samego człowieka, małego Piemontczyka, ks. Jakuba Alberione. To on wpadł na pomysł, by w ten sposób rzucić się w świat bez wezwania, bez rekomendacji, w porę i nie w porę, wśród sceptycyzmu tych, którzy wróżyli mu nieuchronne niepowodzenie, klęski, ośmieszenie się. A jednak młodym paulistom wiodło się całkiem nieźle: zakorzeniali się w nowe środowiska, urzeczywistniając w ten sposób pierwotne zamierzenia.

W tym okresie ks. Alberione wprowadził na własną rękę swego rodzaju równouprawnienie między kobietą i mężczyzną, czyli postanowił posłać w świat również dziewczęta, dwudziestoparo- letnie siostry, narażając je na te same niebezpieczeństwa. One także sobie poradzą - był tego pewien. Na próżno zarzucano mu brak rozwagi i przypominano, że nigdy na przestrzeni wieków nie wysyłano kobiety z podobną misją. Odpowiadał wówczas słowami św. Pawła Apostoła, że nie dba o przeszłość: „zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie” (Flp 3, 12-14).

W ciągu kilku lat jego intuicja się potwierdziła. Wprawdzie zasięg działania sióstr nie był jeszcze duży, ale były one bardzo aktywne i szybko zyskiwały zrozumienie i szacunek. Ci, którzy początkowo gorszyli się widokiem dwóch sióstr krążących z książkami, teraz chcieli, by były ich dziesiątki, a nawet setki. Co więcej, w Ameryce Łacińskiej i w Stanach Zjednoczonych ten nowy sposób „bycia” siostrą zaczął owocować miejscowymi powołaniami.

W ten sposób ks. Alberione dopiął swego. Pomogła mu w tym niezwykła kobieta, zdolna ubogacić posłuszeństwo własną intuicją. Była nią właśnie Mistrzyni Tekla. W wieku czterdziestu dwóch lat po raz pierwszy opuściła Włochy. Pojechała zobaczyć, co sześć sióstr-pionierek zdziałało za Oceanem. Podtrzymywała je na duchu swoimi częstymi, choć zazwyczaj krótkimi listami, w których wezwania duchowe przeplatały się ze wskazaniami praktycznymi, dotyczącymi działalności księgarń, wysyłek czy prowadzenia rachunkowości.
Także jej notatki z podróży były zwięzłe. Tekla podejmowała w nich wiele tematów, gdyż interesowała się wszystkimi nowościami i łatwo przystosowywała się do niezwykłych okoliczności i sytuacji. Na jednym ze statków nie było kapelana, a zatem żadnej Mszy św. „nawet dzisiaj - pisała - w dniu Bożego Ciała. Jestem tutaj jedyną zakonnicą, jedyną Włoszką i jedyną Europejką. Pozostali pasażerowie są Amerykanami - mówią po angielsku, kilku po hiszpańsku... Zrobiłam sobie ołtarzyk w kabinie i przed nim odmawiam moje modlitwy: czytam teksty mszalne z mszalika, medytuję, przyjmuję komunię duchową. W niedzielę odśpiewałam nawet Nieszpory. Zamierzam to uczynić także dzisiaj”.

Wszystko spokojne i bardzo zwyczajne. Taki bowiem był jej plan wobec życia, nakreślony jak najmniejszą ilością słów: „zostać świętą, ale poprzez zwykłe rzeczy”. Osiągnąć ten cel prostymi drogami. Teraz, kiedy ten plan został już zrealizowany, możemy spróbować dokładniej określić sposób, w jaki tego dokonała. Otóż Tekla posiadała dar przekształcania w „zwykłe rzeczy” najbardziej ryzykownych i poważnych przedsięwzięć czy sytuacji wraz z całym trudem i wysiłkiem, jaki z sobą niosły.

Cnoty Tekli uzyskały „stopień heroiczny” - tak głosił podpisany przez Jana Pawła II, 22 stycznia 1991 roku, dokument, który jest pierwszym etapem na drodze do kanonizacji. Był on świadectwem, że potrafiła osiągnąć całkowity i najwyższy wyraz poświęcenia. 

A zatem prawdziwy heroizm, ale o specjalnym charakterze, realizowany, można by rzec, "z małej litery i w cichej tonacji”, także w obliczu najbardziej bolesnych wydarzeń. Przekazywała swoim Córkom: „Nauczyłam się, że trzeba ufać jedynie Bogu i trwać w spokojnym i pogodnym posłuszeństwie, wierząc, że wszystko pójdzie dobrze nawet wtedy, gdy nam się wydaje inaczej". Kto wie, ileż to razy musiało się jej „wydawać inaczej”, gdy przeżywała godziny ciemności, wśród goryczy niepowodzenia i udręk niezrozumienia. Dotyczy to także w dużej mierze cierpienia fizycznego. Przeżywała bolesne rozgoryczenia, których żaden kronikarz nie zdołałby opisać, ponieważ nigdy o tym nie mówiła ani nie dała tego po sobie poznać. Były to wydarzenia i dramaty przyswojone, opanowane i sprowadzone dla osób postronnych do poziomu „zwykłych rzeczy”, a wszystko to dzięki jej ogromnej zdolności światłego posłuszeństwa. Nie było to posłuszeństwo kogoś, kto spuszcza głowę i na tym koniec, ale posłuszeństwo wypływające z głębokiego uświadomienia sobie „dlaczego”, które urzeczywistnia się wtedy, gdy „pozwala działać Bogu”. Dlatego też jej milczące walki mogły umknąć uwadze wielu. Niemal zawsze zdawała się być spokojna i pogodna. To były jej niezwykłe zwycięstwa.

Jak już powiedzieliśmy, podróż w 1936 roku była jej pierwszą wyprawą za granicę. Przez następnych dwadzieścia siedem lat, wyłączając lata wojenne, będzie przemierzać świat, a liczba „sióstr od książek i gazet” będzie wzrastać w różnych krajach i na różnych kontynentach. Będzie im towarzyszyła stale, na wszystkich nowych drogach, które wskazywał ks. Alberione dzięki swojej jasnej, choć wymagającej intuicji. To wielki ojciec i nauczyciel, ogarnięty duchem proroczym i jak wszyscy prorocy bardzo niewygodny, wykonujący zdaniem niektórych za dużo zbytecznych ruchów.

W takiej sytuacji potrzeba kogoś, kto utrzymywałby spoistość grupy, kto zachęcałby, a także pomagał stawiać pierwsze kroki na tej nie znanej nikomu drodze - są przecież pierwszymi kobietami w historii Kościoła, którym powierzono podobną misję. Potrzeba kogoś, kto jak Tekla nie straci nigdy z oczu ostatecznego celu, a jednocześnie doda otuchy, poradzi, pomoże.